Moi mili goście :)

niedziela, 9 grudnia 2018

Lucille

Kardigan Lucille Amanity robiłam jeszcze dłużej niż ostatni szal... Projekt rozpoczęłam w lipcu 2017, a skończyłam w sierpniu 2018. 


Zachwyciłam się szarą wersją Magdy na Dniu Publicznego Dziergania we Wrocławiu w czerwcu 2017. Wełna Malabrigo Sock w cudnym zielono-granatowym kolorze Solis, to zabytek zakupowy jeszcze z 2014 roku - byłam raz na spotkaniu robótkowym w Magic Loop ;)


Sweter - rozmiar M robiłam na drutach 3,75 mm, zużyłam 311 g wełny. Dół zakończyłam szybciej niż we wzorze. Robótka towarzyszyła mi na różnych wyjazdach i wycieczkach przez cały rok.


A teraz bardzo lubię nosić efekt końcowy. Sesja zdjęciowa na dwa Nikony przy odnowionym placu przy ul. Wałowej w Świdnicy.








niedziela, 25 listopada 2018

Fading Point

OK, moje projekty są długodystansowe. Szal Fading Point Joji Locatelli zaczęłam w kwietniu w ramach KAL-u Joji. Skończyłam w sierpniu, obfociłam w październiku. Coś nie mam ostatnio serca do postów...


Szal jest spory - użyłam drutów KP 4.0 zamiast zalecanych 3.5 i wyszło ok 65 cm szerokości i 210 cm długości, waga ok. 420 g. Do projektu trzeba użyć 5 motków wełny w grubości fingering.


Mój set:
1. Malabrigo Sock - w zielonym kolorze 866 ARCO IRIS - zdobycz z ubiegłorocznego Drutozlotu.
Do tego koloru dobrałyśmy z Agnieszką z 7oczek pasujące Merino 4ply:
2. Eggplant
3. Angielska róża
4. Hortensja
5. Birch
Moim zdaniem kolory pasują do siebie idealnie. Chodziło o to, żeby uzyskać "znikający punkt". Szal zaczyna się od trójkąta w kolorze 1 (najciemniejszym), po osiągnięciu odpowiedniej szerokości zaczyna się chevron i wprowadzanie kolejnych kolorów do najjaśniejszego (kolor nr 5). Szal robi się od końców. Fragmenty ściegiem francuskim (same oczka prawe) są oddzielane niewielkim, prostym ażurem.


Jak obie połówki są gotowe, trzeba je połączyć i zacząć robić boczne trójkąty.


Potem zostaje tylko pochowanie milionów nitek i zblokowanie, co jest prawdziwym wyzwaniem ze względu na wielkość robótki.









Szalem jak widać, można się świetnie omotać. Projekt jest w sumie prosty, ale efektowny. Jedyny minus, to koszt zakupu materiałów - trzeba mieć aż pięć 100 g, pasujących do siebie motków.

niedziela, 9 września 2018

Drutozlot 2018

W końcu dojrzałam do relacyjnego posta z Drutozlotu. W tym roku nasze spotkanie odbyło się 1 września. 


Tradycyjnie impreza rozpoczyna się dzień wcześniej Biforkiem w Browarze Jan Olbracht. 


Do ostatniej chwili przed wyjazdem walczyłam z kończeniem projektów - blokowaniem chusty Fading Point i sweterka Lucille. Pokażę, jak tylko zrobię jakieś zdjęcia...
Nie wyrobiłam się z rozpoczęciem nowego projektu na Drutozlot. Nic to, próbkę na kolejny sweter kończyłam w pociągu do Torunia. 


Było bardzo wesoło, bo w naszym wagonie jechało na Drutozlot kilka dziewiarek. Moje blokowanie próbki suszarką do włosów zrobiło w necie furorę ;)

Foto: Dorota Knitolog Morawiak

W Toruniu mieszkałyśmy z Dziewczynami koło Rynku, była tradycyjna kawka w Cafe Grande i obiad w Manekinie. Wszędzie robiłyśmy na drutach. Potem był Biforek w Olbrachcie. Powitania, przytulania, oglądanie i przymierzanie udziergów, pogaduchy, prezenty. Dostałam ręcznie robione mydełka od Kasi Miller.


W sobotę niestety znowu się spóźniłyśmy na otwarcie (tym razem nie ze swojej winy, wstałyśmy wystarczająco wcześnie, załatwiła nas opieszała obsługa w restauracji), niektóre włóczki były już oczywiście wyprzedane... 
Wygląda to mniej więcej tak, wpadasz, nie oglądasz się na koleżanki, łapiesz co ci się podoba, broń Boże nie odkładasz, bo zaraz to ktoś łapnie, płacisz (można było kartą) i lecisz do drugiego stoiska. Jak już się obłowisz, jest czas na powitania, oglądanie na stoisk wystawców, zakupów i udziergów, rozmawianie i robienie na drutach.


W centrum spędza się cały dzień, jest naprawdę świetna atmosfera i prawdziwy włóczkowy raj.













Wieczorem jest jeszcze Afterek w Olbrachcie, na który w tym roku nie dotarłyśmy. Byłyśmy tak zmęczone, że wróciłyśmy do hotelu od razu po kolacji w Pueblo. 


Moje Drutozlotowe łupy:


Wełenki na chusty od Daniela i Hani z Dye Dye Done - niebiesko-fioletowa Cashmelicious kolor Jasper (80% merino, 10% kaszmir, 10% nylon) - 2 szt, szara nakrapiana żółtym Pure Sport kolor Mountain Trail (100% superwash merino) - 2 szt. 
Viki z Ekstra Motka - kolor zielono-granatowy - 1 szt i odcienie szarego - 1 szt (100% merino superwash)
Mirella w Włóczek Warmii w kolorach jesieni - 1 szt (100% merino virgin).
Do tego dorzuciłam skórzaną bransoletkę z miarką od Nellie's Fibers.

Do domu dotarłam o 22 w niedzielę.

Do zobaczenia za rok!!!

niedziela, 20 maja 2018

Chusteczniki

Zrobiłam chusteczniki. Jeden z transferem, drugi decoupage.


Realizacja projektu rozciągnęła się do kilku tygodni. Przy transferze okazało się, że posiadany bezbarwny lakier akrylowy jest żółtawy i bez sensu byłoby nim malować białe ścianki chustecznika. Przy decoupage'u wyszło, że zamiast lakieru wodnego kupiłam bezbarwną bejcę, zorientowałam się w trakcie malowania, najpierw zdziwił mnie intensywny zapach, a potem niemożność umycia pędzla wodą... wtedy doczytałam etykietę.


Surowe chusteczniki kupiłam w Empiku i pomalowałam je dwukrotnie białą farbą akrylową matową do wnętrz i na zewnątrz 0,25l LUXENS (Leroy Merlin).
Napisy na transfer trzeba wydrukować w lustrzanym odbiciu na drukarce laserowej. Wycięłam i pomalowałam klejem do decoupage'u Mod Podge Mat, nakleiłam na jeden chustecznik i pomalowałam jeszcze klejem z zewnątrz.



Pozwoliłam dobrze wyschnąć. Następnie zwilżyłam kartkę wodą i delikatnie zrolowałam palcami papier z chustecznika. Napis zostaje na pudełku. Jak wszystko wyschło, przetarłam brzegi wokół literek drobnym papierem ściernym.


Po jakimś czasie udało mi się kupić bezbarwny akrylowy lakier w spray'u (Spray Paint Transparent SPECTRUM 400 ml - sklep ACTION) i zabezpieczyłam transfer na ściankach.


Jeśli chodzi o decoupage to stwierdzam dalej, że to nie jest moja bajka.


Serwetki na chustecznik przycięłam odpowiednio do kształtu i zamysłu dekoracyjnego i przykleiłam do pudełka klejem Mod Podge na całej powierzchni. Szło mi kiepsko, serwetka się darła i marszczyła, dałam sobie spokój z wygładzaniem pędzlem. Jak wyschło przetarłam papierem ściernym i pomalowałam pierwszy raz lakierem, w trakcie wyszło, że to bejca... pomyliłam puszki na półce w sklepie...


Jedna warstwa tego cholerstwa schła 8 godzin! W sumie położyłam 3 warstwy lakieru, przecierając przed każdą warstwą pudełko papierem ściernym. Nie udało mi się zniwelować marszczeń - wyszło nieidealnie, z przebarwieniami i zgrubieniami. Nic już nie mogłam zrobić. 


Chusteczniki były robione na prezent dla Przyjaciółki, doceniła rękodzieło, chęci i nie czepiała się niedoskonałości, ale wyleczyłam się z decoupage'u na długo :)