Moi mili goście :)

środa, 28 sierpnia 2013

Skarpety

Sierpień to miesiąc premier. Tadam tadam - moje pierwsze skarpety.


Znowu muszę napisać, że pomysł kiełkował powoli. Drutowy plan na rok 2013 obejmował nauczenie się robienia chust i skarpet. Udało się plan zrealizować i to przed czasem, taka zdolna bestia jestem :) 
Jakiś czas temu kupiłam wełenkę - grafitową Fabel Dropsa - 75 % wełny i 25 % poliamidu, 205 m w 50 g oraz druty pończosznicze 2,5 mm dł. 20 cm.


Jak doszło co do czego znalazłam na YouTube kurs Intensywnie Kreatywnej (Gosiu - dziękuję za podpowiedź) i zaczęłam robić skarpety metodą od palców na drutach z żyłką 2,5 mm dł. 60 cm. Z YouTube trafiłam na blog Intensywnie Kreatywnej - serdecznie polecam - skarbnica wiedzy wszelakiej. Już mam chrapkę na kolejne intensywne projekty.





W trakcie robienia pierwszej skarpety zorientowałam się, że włóczki mi zabraknie. Wykorzystałam pół motka, zamówiłam nowe motki i zaczęłam robić drugą skarpetę. Bałam się, że może kolor z innego farbowania nie będzie taki sam... Jako druty pomocnicze wykorzystałam kupione specjalnie do skarpet druty pończosznicze. Ich końcówki zabezpieczyłam korkami. Wełenka doszła we wtorek - na szczęście kolor był identyczny, więc nie było żadnego problemu.


Palce i piętę robiłam wg kursu. Nabrałam taką samą liczbę oczek, żeby nie kombinować z przeliczaniem. Następnym razem muszę jednak zrobić więcej oczek, bo skarpety w podbiciu trochę chyba za ciasne są... Może się rozejdą jeszcze przy noszeniu... Stopę przerabiałam tylko prawymi oczkami, na cholewce zrobiłam "ślaczki" z oczek lewych. Pod koniec zamiast dodawać oczek na łydkę, użyłam większych drutów (3,5 mm). Zakończyłam ściągaczem pojedynczym i użyłam elastycznego zakończenia robótki - link tutaj.



Na skarpety do połowy łydki zużyłam ok. 60 g włóczki Fabel.


Kolejne skarpety będą bardziej kolorowe. Mam zamówienia od Olka i Patryka :)


Z "Niezbędnika pani domu":
Żeby pousuwać zmechacenia i kulki z odzieży wełnianej, można rozłożone na płasko zmechacone ubranie przeczesać pumeksem z naciągniętą na niego nylonową pończochą.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Haruni

Dla tej chusty tak naprawdę nauczyłam się robić na drutach. W grudniu ubiegłego roku kupiłam dla niej ręcznie farbowaną lawendową wełenkę Lace Merino w Zagrodzie. Wtedy jeszcze nigdy nie robiłam chusty. Po kilku Gailach dojrzałam, odważyłam się i powstała ta cudna mgiełka - lawendowa Haruni.



Wzór Haruni Emily Ross pobrałam z Ravelry. Korzystałam z wersji angielskiej, ale dostępne jest też polskie tłumaczenie. Nauczyłam się rozpoczynania chusty metodą provisional cast-on, pomógł niezawodny YouTube oraz szydełkowego zakończenia. Zużyłam ok. 80 g wełny. Po zdjęciu z drutów chusta wyglądała tak:


Po zblokowaniu urosła do rozmiaru 190 na 90 cm:


Końcowe liście skojarzyły mi się z tulipanami i uformowałam ząbki w kształcie kielichów kwiatów. Część podstawowa jest prosta i bardzo szybko można ją robić z pamięci.


To chyba moja najładniejsza chusta :)






Kolory chusty są identyczne z urodzinowym naszyjnikiem od Asi.


Po sesji zdjęciowej chusta została na manekinie.


Pamiętacie "Dmuchawce" z Wystawy? Są moje! Wczoraj była u nas Jadwiga, autorka tego cuda. Spędziliśmy bardzo miłe popołudnie. Liczę, że to był pierwszy z wielu kolejnych takich podwieczorków.


Dopiero teraz zauważyłam, że obraz jest malowany na jedwabiu! Jest naprawdę niesamowicie piękny. 


Kiedy byłam na wystawie, miałam niewiele pieniędzy w portfelu, nawet się nie zapytałam o cenę obrazu. Po komentarzach widać, że Wam też najbardziej podobał się ten obraz, a i ja ciągle o nim myślałam... Zapytałam się w końcu Basi, czy "Dmuchawce" zostały sprzedane, a jeśli nie, to jaka jest ich cena? No i się zdecydowałam, dostałam nr do Jadzi i umówiłyśmy się na spotkanie.
Obraz zawisł na ścianie okiennej, ma szare passe-partout i nie pasował do obrazów nad sofą. Teraz siedząc na sofie mam taki widok.


wtorek, 20 sierpnia 2013

Sukienka

I znowu spróbowałam czegoś nowego - uszyłam sobie sukienkę. Sama nie dałabym rady, ale akurat mam przyjaciółkę, która potrafi szyć i pokazała mi co i jak.


Kupiłam kupon materiału w Dekorii za 7 zł, jakby nic nie wyszło, mała strata. Przyjaciółka rzuciła materiał na podłogę, coś tam odmierzyła, chwyciła za nożyczki i skroiła - hola hola zawołałam, ja chcę się nauczyć, ale było już za późno :) Tajniki krojenia poznam następnym razem... Potem już było: przeszyj odtąd, dotąd, zaprasuj... Nauczyłam się wszywać zamek kryty, choć tak się przejęłam, że szyłam po ząbkach, później trzeba było pruć, bo zamek nie chciał się zapinać :)

Sukienka ma usztywnione fizeliną obłożenia wokół dekoltu i rękawów. 


Przyjaciółka wyleciała do Grecji, więc sama robiłam wykończenie, zaszewki, podwinięcie dołu i obszycie rozporka, jest trochę krzywo, ale co tam.


Jestem wyższa i tęższa od swojego manekina. Sukienka sięga mi odrobinę za kolano. Nie jest to jakieś haute couture, ale i tak jestem zadowolona z efektu.






Oprawiłam w końcu nową akwarelkę i trochę poprzestawiałam obrazy. Testowałam spostrzegawczość mojego Olka. Facet na równi ze mną czyta magazyny wnętrzarskie, ale zmiany na ścianie nie zauważył. Na drugi dzień nie wytrzymałam i pokazałam palcem... :)


Z drugiej strony ma to swoje zalety. Dostałam kiedyś od teściów drewnianego kota, taką stojącą płaskorzeźbę z pomalowanymi oczami metrowej wysokości - koszmarny kicz, stało to przy ścianie i drażniło tylko moje oczy. Kiedyś - jeszcze w zeszłym roku, nie wytrzymałam i wystawiłam kota koło kubła na śmieci, komuś się szybko spodobał i znikł. Olek do tej pory nie zauważył, że nie ma go w salonie :)))

Z "Niezbędnika pani domu":
Stare i zdawałoby się utrwalone na dywanie plamy nieznanego pochodzenia można próbować usunąć środkiem do mycia szyb. Należy spryskać nim plamę i przetrzeć ściereczką. To bardzo skuteczny sposób - sprawdza się w większości przypadków.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Wypad w góry

Tylko 25 km od domu i jesteśmy na Przełęczy Sokolej w Górach Sowich.


Na tym niepozornym stoku, w lutym 2012 roku zakończyła się moja kariera narciarska... Do nart już chyba nie wrócę, ale na piesze wycieczki w te góry - zawsze :)


Widoczność nie była rewelacyjna, Śnieżka tym razem tylko majaczyła w oddali...


Po drodze na Wielką Sowę zrobiliśmy przerwę na jagody. Fioletowe palce i języki... jak ja to lubię :)

 
Na szczycie oczywiście tradycyjna kawka,




rzucenie okiem na Świdnicę,


ostatnie zdjęcie wieży


i nieśpieszne zejście do schroniska "Orzeł" na obiad.


W oczekiwaniu na pierogi babci Irci zamówiliśmy szybko szarlotkę, jeszcze ciepła rozeszła się błyskawicznie. Przed kawą musiałam spróbować choć kawałeczek.

  

Dopijaliśmy kawę i piwo na tarasie widokowym, nigdzie nam się nie śpieszyło, słonko grzało już delikatnie, uśmiech nie schodził mi z twarzy...


Jarzębiny jeszcze nie czerwone,


wrzosy kwitną jak szalone...


To był bardzo udany dzień :)